Kwestionariusz tłumacza: Maciej Płaza

Tegorocznej edycji „Odnalezionego w tłumaczeniu” towarzyszy seria tekstów przygotowanych przez Paulinę Małochleb. Wśród nich znajdą Państwo kwestionariusze tłumaczy i tłumaczek, w których nominowani do Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego opowiadają o pracy z przekładem oraz opowieści z cyklu Jedno zdanie, w których dzielą się (problematycznymi) zdaniami, jakie szczególnie mocno utkwiły im w pamięci.

Wszystkie teksty pojawiają się na blogu autorki (Książki na ostro – polecamy!) oraz prezentowane są na stronie „Odnalezionego w tłumaczeniu”.

 

Na pytania zawarte w kwestionariuszu odpowiada Maciej Płaza, tłumacz z języka angielskiego nominowany do Nagrody za przekład Wzgórza przyśnień Arthura Machena (wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy 2020):

 

  • Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

W 2009 roku. Była to Martwa Europa Christosa Tsiolkasa, piękna i straszna powieść, która niestety przeszła bez echa.

  • W jakim rytmie Pan pracuje?

W biurowym: siadam do pracy o 7.00 – 8.00 rano i tłukę w klawiaturę do wczesnego popołudnia. Pracuję maksymalnie 6 godzin dziennie, dłużej nie ma sensu, bo jakość pracy z czasem dramatycznie spada.

  • Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

Gdy tłumaczy się autora, którego się lubi i ceni, praca jest przyjemna; w innych przypadkach potrafi być udręką.

  • Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

Są autorzy, których po prostu nie umiałbym przełożyć i nie zamierzam próbować, bo potrzebny jest do tego warsztat filologiczny, którego nie mam, bo nie jestem z wykształcenia anglistą. Nie przełożyłbym na przykład Szekspira, Blake’a czy późnego Joyce’a. Nie dałbym się też namówić na tłumaczenie Melville’a – pewnie dałbym mu radę, ale jego pisarstwo jest tak okropnie skomplikowane składniowo i stylistycznie, że umęczyłbym się przy tym ponad miarę.

  • Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz?

Do rozpaczy doprowadza mnie tłumaczenie wierszy napisanych według klasycznej poetyki, czyli metrycznych i rymowanych. Robię to tylko wtedy, gdy muszę, tj. gdy są one wplecione w książkę, którą tłumaczę, i wpadam wtedy w szczerą rozpacz.
Najbardziej cieszy mnie, gdy dla dobrego wydawnictwa mogę przetłumaczyć książkę, którą uwielbiam. Jedną z takich radości była dla mnie praca nad Wzgórzem przyśnień Arthura Machena.

  • Kiedy stawia Pan kropkę?

Po dwóch końcowych lekturach całego tekstu, gdy widzę, że wszystko w miarę przyzwoicie wygląda. Niedobrze jest czytać i poprawiać tłumaczony tekst w nieskończoność, bo wpada się wtedy w maniackie przekonanie, że zawsze jeszcze można coś poprawić, gdy tymczasem jest odwrotnie: od pewnego momentu można już tylko znowu psuć. Trzeba w pewnym momencie powiedzieć „stop!”. Na szczęście czy nieszczęście zwykle mówią to za nas wydawnictwa, a raczej terminy zapisane w umowie.

  • Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

Zła. Bardzo marne stawki, nieuczciwe praktyki wielu wydawnictw, a także – co może najgorsze – brak miejsca dla zawodu tłumacza literatury w systemie ubezpieczeń społecznych. Mimo to i tak zbyt wielu ludzi garnie się do tego zawodu – ze szkodą i dla siebie, i dla zawodu.

  • Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

Mecenasem oczywiście może być, jeśli mu na tym zależy, ale nie musi: przekładanie książek to praca zarobkowa i nawet jeśli tłumacz jakąś książkę ceni i lubi, trudno oczekiwać, by od razu stawał się mecenasem czy ambasadorem jej autora. Promotorem języka obcego? Wręcz przeciwnie: tłumacz powinien być językowym purystą i bronić języka ojczystego przed zachwaszczeniem obcymi wtrętami. Mówię to z perspektywy tłumacza anglisty: język polski jest zaśmiecony angielszczyzną – i to złą, kundlowatą angielszczyzną, netfliksowo-komiksową – w stopniu zatrważającym.

  • Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

Musi dbać o to, by jego przekład był pięknym utworem literackim; kwestia wierności jest drugorzędna, przekład ma się dobrze czytać po polsku. Nie wolno mu brać się do tłumaczenia czegoś, co przerasta jego możliwości bądź po prostu mu nie leży – wtedy przekład nie będzie udany.

  • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

Rzadko tak się dzieje. Ogromna większość przekładanej literatury – i nie tylko przekładanej – jest pozbawiona wszelkiej stylistycznej inwencji i wtedy wystarczy ten zasób polszczyzny, który już istnieje i jest powszechnie dostępny. Przygoda zaczyna się wtedy, gdy stylistyka oryginału jest nacechowana – wtedy tłumacz musi się nagłowić, jak oddać specyficzną składnię, dialektyzmy, neologizmy, archaizmy itp. Przed dobrym i ambitnym tłumaczem otwiera się wtedy pole do popisu i jego przekład może wnieść coś nowego i twórczego do literackiej polszczyzny.

  • Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

Może. Krzysztof Bartnicki stworzył taki język w Finneganów trenie, Robert Stiller w obu swoich Mechanicznych pomarańczach. To sztuczne dialekty literackie, nikt tak po polsku nie mówi ani nie pisze.

  • Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

Starzeją się przekłady, które zbyt mocno osadzone są w idiomatyce języka im współczesnego – choć potrafią wówczas starzeć się pięknie: opowiadania Poego w przekładach Leśmiana brzmią archaicznie, ale nie ujmuje im to arcydzielności, natomiast Poe przekładany przez innych tłumaczy młodopolskich potrafi brzmieć nieznośnie – ponieważ kłania się tu także indywidualny talent tłumacza. Starzeją się też przekłady, które nie do końca trafiają w stylistykę tłumaczonych tekstów czy w realia ukazanego w nich świata. Widać to dziś np. w przekładach niektórych modernistycznych pisarzy amerykańskich: polscy tłumacze w latach 50. czy 60. XX wieku po prostu nie mieli dostępu do wiedzy, która pozwoliłaby im w pełni rozgryźć ich twórczość. Czy można stworzyć przekład, który nie będzie się starzał? Pewnie można – wszystko można. Trzeba tylko dużej wiedzy, talentu, doświadczenia, intuicji… Błahostka!

  • W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

Przede wszystkim trzeba dostrzec jego odrębność w języku macierzystym. Bez tego ani rusz. Prócz tego, wiadomo: duża wiedza, talent, doświadczenie, intuicja…

  • W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

Gdy 10 lat temu tłumaczyłem H.P. Lovecrafta, podszedłem do sprawy bardzo filologicznie, wyznaczyłem sobie główne punkty orientacyjne, między którymi muszę rozpiąć swój przekład: proza młodopolska i międzywojenna, literatura romantyczna, Raj utracony, Leśmianowskie przekłady Poego. Przy Arthurze Machenie nie czułem już potrzeby tak metodycznego działania, choć nie bardzo umiem wytłumaczyć, dlaczego. Machen jest zapewne autorem mniej wtórnym niż Lovecraft, tj. mniej wyraźnie zapożyczał, ale pewnie zadziałało też moje doświadczenie, nieporównanie większe niż przy pracy nad Lovecraftem, a także oczytanie w samym materiale: przeczytałem w oryginale kilkanaście tomów Machena, może więc po prostu mogłem sobie pozwolić na to, by przekładać go bardziej intuicyjnie. Najogólniej mówiąc, wzorem były dla mnie rejestry prozy XIX-wiecznej, od romantycznej po findesieclową – ale, jak powiadam, bez konkretniejszych nawiązań.